Szukaj
  • D. Kopeć

Poród w czasach pandemii. Mój drugi poród: część 2 – w szpitalu, z noworodkiem

Dzisiaj opowiem Wam o moim nieco przedłużonym pobycie z noworodkiem w szpitalu w czasach pandemii.

Przygotowania do drugiego porodu zaczęłam oczywiście od wybrania szpitala. Z tym nie miałam większego problemu, bo miejsce, gdzie urodziła się moja pierwsza córka, wspominam wbrew pozorom bardzo dobrze i wiedziałam, że tylko tam chcę rodzić kolejny raz. Nie wiedziałam natomiast, jak rozwinie się sytuacja z pandemią. Przede wszystkim obawiałam się, że gdyby personel szpitala był na kwarantannie (co oznaczałoby zamknięcie szpitala), to byłabym zmuszona jechać gdzie indziej. Z drugiej strony, jeśli jednak szpital wciąż będzie czynny, to na jakich zasadach będzie funkcjonować? Przyznam szczerze, że perspektywa porodu bez męża nie napawała mnie optymizmem. Dlatego zdecydowaliśmy się na opłacenie opieki indywidualnej położnej – pisałam o tym w pierwszej części tego artykułu.


Co jednak, jeśli okaże się, że po porodzie będę leżeć na sali z kobietą zakażoną koronawirusem? Czy towarzystwo nieznanych osób jest bezpieczne? Skoro w połowie marca zostało zamknięte prawie wszystko, ludzie zaczęli bać się siebie nawzajem, bo nie wiedzieli czego można się spodziewać po niewidocznym wirusie – to czy powinnam narażać noworodka (i siebie) na takie ryzyko?

Mimo to byłam skłonna zgodzić się na pobyt w 2-osobowej sali, tym bardziej, że perspektywa zakazu odwiedzin była bardzo realna, a nie wiedziałam w jakiej formie będę po porodzie.

Po wielu rozważaniach i szukaniu opinii wśród innych kobiet, które rodziły niewiele wcześniej, oprócz opłacenia opieki indywidualnej położnej zdecydowaliśmy się również na wykupienie tzw. apartamentu, czyli jednoosobowej sali poporodowej. Apartamenty w znacznym stopniu różnią się od „zwykłej” sali – znajdują się w osobnym skrzydle szpitala i przypisana jest im oddzielna kadra, a posiłki wybiera się z menu. Co za tym idzie – standard opieki jest jeszcze wyższy, a komfort i dyskrecja są priorytetem. Mógł „zamieszkać” tam ze mną mąż, co sprawiło, że czuliśmy się jak na wakacjach! Pierwszy raz w życiu (no może drugi – poza naszym ślubem) czułam się tak ważna i zaopiekowana, a dodatkowo nie musiałam się nikomu z tego tłumaczyć. Czułam, że bardzo świadomie celebruję narodziny mojej drugiej córki.

Pod koniec trzeciego dnia szykowaliśmy się na wyjście.

Mąż wrócił do domu, żeby przygotować go na nasz przyjazd. Na drugi dzień poranny obchód miał być formalnością. Byłam spakowana, posprzątałam wcześniej pokój, czekałam na lekarza – i wypis. W trakcie kontroli córki, coś zaniepokoiło położną, więc chcieli zrobić dodatkowe badania. Okazało się, że nie wyjdziemy do domu, bo córka ma żółtaczkę. Jak zwykle pewnie w takich momentach, ja również zadałam sobie pytania „Jak to? Ja? Moje dziecko?”. A jednak. Córka miała zbyt wysoki poziom bilirubiny (wątroba i te sprawy…), co świadczyło właśnie o żółtaczce. Skąd ona się wzięła? Wyniki badań pokazały, że mamy inne grupy krwi i wystąpił konflikt serologiczny. Do tej pory wydawało mi się, że dotyczy to tylko kobiet, których Rh krwi jest ujemne, a partnera – dodatnie. Jak się niestety przekonałam, dotyczy to też tych par, które mają różne grupy krwi (np. 0 i A, 0 i B itp). Oznacza to, że jeśli dziecko dziedziczy grupę krwi po ojcu (inną niż ma matka) i podczas porodu dochodzi do zmieszania się obu krwi, to do krwi dziecka dostają się przeciwciała zawarte w krwi matki, co prowadzi do „zwalczania” samej siebie. Tak przynajmniej zrozumiałam z tego, co mówili mi lekarze…


Co było dalej? Oczywiście zostałyśmy w szpitalu, niestety już bez Taty, bo nie mógł drugi raz wejść. Na szczęście był wolny inny apartament, więc chętnie w nim zostałam. Nie czułam się na siłach, żeby przenieść się na salę z innymi kobietami.

Moja córka dostała specjalną lampę, na której miała leżeć w samej pieluszce przez dobę. Chodziło o to, żeby ją naświetlać i przyspieszyć rozpad cząstek krwi. Kolejnego dnia już bez lampy i następnego – badanie krwi, żeby znowu sprawdzić poziom bilirubiny.

Pamiętam, że lekarz, który się nami opiekował, był bardzo sympatyczny i w pełni rozumiał moje obawy, a nawet lekkie roztrzęsienie. Mówił, że sam przez to przechodził i wie, że nie jest to przyjemne dla rodzica, ale z jego punktu widzenia żółtaczka wśród noworodków to dosyć powszechne zjawisko.


Pierwsze naświetlanie nie pomogło. Kolejne było już w inkubatorze. Przez całą dobę widziałam małą tylko kilka razy, kiedy co 3 godziny przynosiłam odciągnięte mleko (idealnie sprawdził się laktator elektryczny). Na szczęście za każdym razem jak przychodziłam, spała, więc serce aż tak dogłębnie nie pękało. Poza tym miałam powody, żeby wierzyć, że położne dbają o maluchy.

Po tygodniu od porodu nadal nie było poprawy, ale żeby nie generować większych kosztów, zdecydowałam się zmienić salę na tę na normalnym oddziale. Było mi to z resztą potrzebne, bo samotność, szczególnie podczas rozłąki z noworodkiem, nie jest budująca.


W 2-osobowej sali „ogólnej” (tak ją nazwę) spędziłam kolejny tydzień. Muszę przyznać, że dziewczyny, z którymi leżałam (a było ich w sumie 3), były bardzo w porządku i czas, jaki wspólnie spędziłyśmy, był całkiem znośny ;)


Jak wyglądał typowy dzień na oddziale?

Między 4 a 5 rano położne informowały, które dzieci mają być przywiezione na badania. My jeździłyśmy codziennie, czasem nawet po kilka razy. Rączki miała już tak pokłute, że pod koniec naszego pobytu miała pobieraną krew z główki…

Około godziny 7:30 – śniadanie, 8:00–9:00 – obchody (jeden do matki, drugi do dziecka), 12:30 – obiad, 16:30-17:00 – kolacja, 18:00 – rozwożenie pacjentkom paczek od bliskich, 19:00 – obchód wieczorny.


Dwa tygodnie po porodzie wyniki okazały się dobre i mogłyśmy wreszcie pojechać do domu. Wyobrażacie sobie, jak to jest wyjść na zewnątrz po 3 tygodniach zamknięcia w szpitalu? Kiedy podpisywałam dokumenty przy odbiorze wypisu, uświadomiłam sobie, że zmienił się już miesiąc. Moje dziecko w międzyczasie dostało pseudonim „stary dzidziuś”. Nawet pępowina odpadła w szpitalu, więc nie musiałam zajmować się nią ja :)


Pamiętam, że wyjście na zewnątrz było niesamowitym doznaniem. Poczułam wiatr i zapach drzew – tak bardzo mi tego brakowało.

Zobaczyłam się też w końcu z mężem i starszą córką – chociaż była dzielna, to widziałam, jak za mną tęskniła.

A w domu? W końcu porządna kąpiel i jedzenie do syta (chociaż nie miałam źle, naprawdę nie było źle)!



Podsumowując, dlaczego pomimo tak długiego pobytu w szpitalu wspominam go dobrze:

  1. Znałam już szpital i personel.

  2. Miałam wykupioną opiekę indywidualnej położnej.

  3. Podczas porodu towarzyszył mi mój mąż.

  4. Mieliśmy wykupiony „prywatny apartament”, w którym spędziliśmy w trójkę pierwsze dni.

  5. Zawsze chciałam urodzić w maju, bo bardzo ten miesiąc lubię i napawa mnie optymizmem. Słońce, nawet jeśli tylko przez szybę, wprawia mnie w dobry nastrój i dodaje sił.

  6. Miałam dobre nastawienie, które pozytywnie wpływało na relacje z personelem. Dzięki temu położne, lekarze, salowe i inni z kadry szpitala byli przyjaźnie nastawieni do mnie. Jestem przekonana, że ma to znaczenie.

  7. Co wynika z powyższych, będąc 3 tygodnie w szpitalu (a nie byłam chora), czułam się jak w jakimś pensjonacie 🤣


PS pamiętajcie – każda ciąża jest inna, każdy poród jest inny i każde dziecko jest inne. Nie porównujcie się, nie rywalizujcie. Cieszcie się z każdej chwili!


PPS Zdjęcie dzidziusia zostało zakupione, ale w prywatnym albumie mam bardzo podobne. Drugie zdjęcie zrobiłam w szpitalnym apartamencie.

0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie